pozwól naprawić mi to, co we mnie zepsute, a będę twój, kiedy tylko pokonam smutek

Poznaję ostatnio sporo nowych ludzi i to sprawia, że intensywniej zastanawiam się nad tym, jak jestem przez nich postrzegana. Przez ostatnie kilka lat zbudowałam sobie taki wygodny pancerz, w którym chowam się do woli i nie wyściubiam z niego nosa, z kilkoma wyjątkami, gdy postanawiam chwilowo się przepoczwarzyć, zachowując ten przywilej dla nielicznych wybranych; podkreślam nielicznych, bo wokół mnie jest coraz mniej osób, którym ufam. Utarło się chyba, że jestem ordynarną, złośliwą, bezuczuciową i bezwzględną babą, która nie ma żadnych skrupułów, żeby kogoś sprowadzić do poziomu ameby. Myślę, że ludzie z mojego roku byliby srodze zaskoczeni, gdyby okazało się, że jednak jakieś uczucia posiadam... :)


Właściwie to już sama nie wiem, czy stopiłam się w jedność i na zawsze z moim pancerzem, czy może jednak jest inaczej, a ja, wbrew pozorom, które skutecznie zachowuję, posiadam jednak jakąś tam wrażliwość i uczucia. Jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi jakiś czas temu, że doskonale wczuwam się w rolę suki, a tymczasem jestem bardzo wrażliwą, empatyczną i troskliwą osobą. Cóż, jeśli tak jest - doskonale się z tym kryję. Ostatnio przyszło mi do głowy, że zaczynam się gubić między wizerunkiem, który budowałam latami, a tym, jaka jestem naprawdę, czego konsekwencją jest to, że gdyby postawiono przede mną zadanie określenia siebie samej w kilku zdaniach - miałabym z tym nielichy problem i nie wiem, czy wybrnęłabym z sytuacji. Naprawdę, myśląc o sobie, mam pustkę w głowie, ewentualnie masę sprzeczności.
Doszłam też do wniosku, że tak naprawdę to siebie nie lubię i nie akceptuję - nie jestem ani tak atrakcyjna (właściwie to jestem teraz na takim etapie, że postrzegam siebie jako najmniej interesujące stworzenie na ziemi), jak powinnam, a na pewno nie tak mądra, jak powinnam, co budzi chyba moją największą frustrację, frustrację równą jedynie temu, co czuję, gdy myślę o moich brakach w wiedzy. Najgorsze jest jednak to, że przez to, jak czuję się z sobą samą, mam problemy z funkcjonowaniem wśród bliskich i nie potrafię panować nad swoimi chandrami i przewrażliwieniem, co powoduje u mnie jeszcze gorsze samopoczucie (zamknięte koło, prawda?). Chyba powinnam zostać pustelnikiem i na swoje chimery narażać jedynie drzewa albo kamienie, zamiast atakować nimi innych ludzi. Serio, gardzę sobą za to, bo tracę bliskich, na których mi zależy. To chyba kwalifikuje się na zasięgnięcie pomocy u terapeuty, jednak czuję ostatnio bunt i nie mam ochoty nikomu opowiadać o tym, co mnie dręczy i nie daje spać, nawet przyjaciołom o tym nie mówię, a co dopiero komuś obcemu? Jestem świadoma tego, że kluczem do szczęścia jest zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest, ale serio, próbuję tego od wielu lat i jak widać, z marnym skutkiem. :) Może kiedyś w końcu znajdę złoty środek; w końcu nie jestem typem człowieka, który łatwo się poddaje.




Komentarze

Popularne posty