Myli mi się to, co czuję, z tym, co myślę, że czuję.

Jeszcze nigdy nie miałam tak długiej przerwy w pisaniu tutaj. Nie jestem tym faktem usatysfakcjonowana - ten blog miał pełnić funkcję mojej myślodsiewni, miejsca, w którym mogłam się wyciszyć oraz miał mnie nauczyć systematyczności. Nie wiem, czy dobrym usprawiedliwieniem jest fakt, że po prostu nie mam czasu, żeby na dłużej przysiąść i napisać coś w miarę składnego. Tak odzwyczaiłam się od tej czynności, że nie wiem, czy teraz będę w stanie to zrobić.


Zacznijmy od studiów - pierwszy rok studiów magisterskich zakończony wszystkimi wpisami. Z drugim kierunkiem, tym ważniejszym dla mnie, jest nieco gorzej; pierwszy raz w życiu będę musiała przejść przez kampanię wrześniową, co w dalszym ciągu gryzie moje sumienie, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda? Jestem dobrej myśli, bo mam o co walczyć; od tego zależy moja przyszłość, a ja nie wyobrażam sobie jej bez pracy w tym zawodzie i jestem autentycznie szczęśliwa myślą, że temu poświęcę swoje życie! Czy to nie jest wspaniałe uczucie, dające niejako poczucie bezpieczeństwa, wiedzieć, co chce się zrobić ze swoją przyszłością? 
We wtorek idę na rozmowę dotyczącą praktyk do Narodowego Instytutu Dziedzictwa, a na przyszły rok załatwiłam sobie staż w muzeum. Działam! 
Powtórzę to po raz pierdyliardowy - gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że będę studiowała kierunek bezpośrednio związany z historią, nigdy bym mu nie uwierzyła. Oczywiście moje braki, jeżeli chodzi o historię, są zatrważające i wstyd mi czasami, gdy porównam swoją wiedzę z wiedzą kolegów, jednak to nie zmienia faktu, że mam ogromną satysfakcję z dowiadywania się nowych rzeczy. Kto by pomyślał, że na starość odkryję, że nauka sprawia mi przyjemność? Koniec - bo o moim dziewictwie kulturowym mogłabym mówić / pisać godzinami. :)

Dorwałam sobie pracę na pół etatu i od początku lipca pracuję. W poniedziałek podpisałam umowę o pracę na trzy lata. Mam nadzieję, że uda mi się połączyć studia z pracą, jeśli nie  zrezygnuję z pracy, bo studiów za nic w świecie sobie nie odpuszczę. Bądźmy jednak dobrej myśli. :)

Nasunął mi się wniosek, że chyba dopiero wtedy, gdy człowiek pracuje, docenia tak naprawdę czas wolny - ja za wszelką cenę staram się maksymalnie go wykorzystać, nadrabiając zaległości książkowe, spotykając się z przyjaciółmi, jeżdżąc rowerem (prawie codziennie przejeżdżam około 20 kilometrów) i myślę, że całkiem nieźle mi to wychodzi. 

Jeżeli chodzi o książki - gorąco polecam Najgorszego człowieka na świecie Małgorzaty Halber. Czaiłam się na nią dłuższy czas i wreszcie porwałam je w swoje ręce. Myślę, że docenią je zwłaszcza osoby, które są uzależnione lub będące w bliskiej relacji z osobą uzależnioną - tutaj akurat czytamy o alkoholu. Zero owijania w bawełnę, same konkrety, zero uszlachetniania bagna, jakim jest alkoholizm, a prawdziwy obraz tego, jak nałogi rujnują życie. Zresztą nie tylko o nałogach tu mowa - o priorytetach i obawach naszego pokolenia również. I źródło celnych cytatów. Naprawdę polecam; do tej pory często wracam myślami do tej książki (nie zajrzę do niej, bo ustawiła mi się po nią kolejka).




Moja biblioteka wciąż się powiększa - niedawno odkryłam, jakim dobrodziejstwem są internetowe antykwariaty na allegro, wspaniała sprawa. Mam nadzieję, że zdążę wszystko przeczytać!


Aktualnie jestem w trakcie czytania... Sekretu. Wciąż podchodzę do tej książki sceptycznie, ale kupiłam ją w trakcie desperacji - mam dość tego, jak wygląda moje życie, chociaż zdaję sobie sprawę, że największym problemem w moim życiu jest moje myślenie o nim i podejście do wielu spraw. I wiecie, to, co znajduję w tej książce, chyba zaczyna działać; nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale zmiana myślenia rzeczywiście odnosi rezultaty. Byłam w takim dołku, że zdarzało mi się mieć myśli samobójcze, nie wspominając o tym, że coraz częściej mam ataki paniki. Trzeba wziąć swoje życie w garść!


Jeżeli o zmianach mowa - alkohol jest coraz rzadziej obecny w moim życiu. Możliwe, że z tego wyrosłam. Nienawidzę siebie po spożyciu - tego, że nie kontroluję tego, co mówię, robię, że nie jestem wtedy sobą, że jestem zbyt wylewna, co w normalnych okolicznościach prawie nigdy mi się nie zdarza. Tak naprawdę alkohol nie jest mi potrzebny do funkcjonowania; w moim przypadku nadejście weekendu nie jest automatycznie związane z myśleniem o tym, że wyjdę ze znajomymi do baru się napić - owszem, wychodzimy, ale na dobre jedzenie, a w barze pijemy sok albo kawę (co w sumie jest dość zabawnym widokiem). Pewnie nieraz jeszcze zdarzy mi się doprowadzić do stanu upojenia, ale mam nadzieję, że jedynie w wyjątkowych okolicznościach (np. na nadchodzącym weselu mojej najlepszej przyjaciółki). Alkoholizm jest naszą chorobą narodową i nie ma co ukrywać - jestem w grupie ryzyka. :) Mam paranoję na tym punkcie i często powtarzam moim bliskim, że jeśli zauważą, że piję zbyt często, mają mnie kopnąć mocno w dupę i wywieźć na odwyk. Gwoli wyjaśnienia - nie uważam, że ludzie spożywający alkohol są alkoholikami; nic mi do tego, nie mam zamiaru tego oceniać. Po prostu zaobserwowałam zbyt wiele patologicznych już wręcz zachowań związanych z alkoholem wśród moich znajomych. I nie tylko. Po prostu nie chcę mieć z tym nic wspólnego. To jest walka, z której tak naprawdę mało kto wychodzi obronną ręką. Dodatkowo moje samopoczucie następnego dnia po wieczorze spędzonym na piciu alkoholu jest tragiczne - stany lękowe to norma, chce mi się płakać; psychicznie czuję się po prostu podle i chcę umrzeć. Myślę, że chwilowy stan upojenia nie jest wart tego, żeby w trakcie trzeźwienia odczuwać tortury.

Nie palę już pół roku! Przyznam, że czasami ciągnie mnie do papierosów, ale twardo się trzymam i nie sięgam po nie, nawet gdy ktoś mi je proponuje. Nie lubię być uzależniona od niczego i nikogo. :)

Dwa razy byłam nad morzem... Tak sobie myślę, że kiedyś mogłabym zamieszkać w nadmorskiej miejscowości - morze wywołuje we mnie tyle emocji! Poryczałam się i to nie raz, gdy je obserwowałam. Myślę, że obserwowanie morskiej wody i horyzontu jest dobrą terapią. Muszę tam bywać częściej!

Ciekawa jestem... Ktoś jeszcze tutaj zagląda? :) 


























Komentarze

  1. Zagląda, zagląda :P Też dorwałam pracę na pół etatu, ale chyba popracuje tylko do listopada bo wątpię, że dam radę połączyć pracę i studia i milionem zadań. Jak dobrze, że pracując mniej niz 6 miesięcy wypowiedzenie można dać 2 tygodnie przed :D nad morzem też byłam i kocham ten widok... no i pływać kocham :) mniejsza z tym, że pojechałam spontanicznie o 17 wróciłam o 1, dwa dni przed obroną, zdążyłam popływać, zjeść loda nadmorskiego i napić się alkoholu :D Zazdroszczę rzucenia fajek !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oooo, to miło, że zagląda! :D pożyjemy, zobaczymy, może nam się uda? :D od października zmieniam pracę, będę mieć tam bardziej elastyczny grafik, więc może jakoś to będzie :)
      mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi się wyrwać na chwilę nad morze! spontaniczne wypady są przecież najlepsze! :D a jak poszła obrona? sama jestem z siebie dumna, czasami mnie ciągle, ale panuję nad tym jakoś :D

      Usuń
  2. Obrona na 5 więc jestem z siebie dumna bardzo również :) No a prace rzuciłam, dzis mam ostatni dzień. Niestety moja praca polegała na staniu/chodzeniu czasami 6 czasami 8 czasami 10 a czasami nawet 12 h wiec mój kręgosłup odczuł to bardzo i zrezygnowałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, ale w sklepach odzieżowych praca polega właśnie głównie na staniu chodzeniu, ja też swoją rzuciłam, żeby podjąć inną, ale lepiej płatną i z bardziej elastycznym grafikiem :) (ależ ja mam szybkie tempo w odpisywaniu na komentarze)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty