forget me, forget me not

Tak długo tutaj nie pisałam, że aż powinnam się wstydzić. Winą obarczam za to fakt, że miałam ostatnio sporo na głowie (sprawy związane z projektem, który ruszył dzisiaj) i przez to, że przez jakieś dwa tygodnie czułam się tak, jakby mój mózg obrósł fiołkami czy tam innym chabziami i przestał normalnie funkcjonować. Na szczęście to już minęło i znowu mogę pogrążać się w depresji. ;) Okej, to był tylko taki głupi żart. Depresja depresją, ale trzeba sobie jakoś radzić, prawda? Przewiduję, że ten wpis będzie nieco dłuższy niż ostatnie, ale to chyba kwestia tego, że odczuwam potrzebę uzewnętrznienia się, a jakoś nie lubię ostatnio rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi o swoich problemach. No to... zaczynamy.



Zacznę od ponarzekania na upały - naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy lubują się w temperaturach, jakie panują obecnie. Każde wyjście z domu po kilku minutach jest równoznaczne z poceniem się jak świnia i strumieniami potu lejącymi się po ciele. U mnie dodatkowo migreną - w tym tygodniu prawie codziennie byłam zmuszona ruszyć dupsko z domu i nieustannie kończy się to bólami głowy, czasami tak silnymi, że zbiera mi się na płacz albo na wymioty. Albo to i to. Jestem pewna, że nie jestem jedyną osobą, której dokuczają takie dolegliwości. Nie cierpię lata właśnie między innymi dlatego - w innych porach roku migrena dopada mnie raptem raz w tygodniu, czasami rzadziej. A latem? Praktycznie każde wyjście z domu kończy się napadem bólu głowy, a to naprawdę nie sprzyja aktywności umysłowej i fizycznej. Pogłębia moje poruszanie się stylem zombie spowodowane już wcześniej upałem właśnie. I niestety, ale na burze nie ma za bardzo co liczyć w tym roku - pogrzmoci, kropnie deszczem i przestanie, zamiast porządnie wygrzmocić i pobłyskać tu i tam oraz przynieść z sobą ulewę, która przyniosłaby ulgę mi. I innym ludziom. Dlatego też z niecierpliwością czekam na jesień - moją ulubioną i najpiękniejszą porę roku. Wtedy dopiero czuję, że żyję. ;)

Stany depresyjne dalej miewam, ale jakoś sobie radzę. Przez jakiś czas myślałam o tym, żeby wrócić do psychotropów, ale ostatecznie zrezygnowałam. I mam nadzieję, że nie wróci już do mnie ta myśl. Wiecie, to nie jest tak, że gdy wpadam w dół emocjonalny, chodzę nachmurzona i warczę na ludzi. Potrafię się uśmiechać czy śmiać, myślę, że towarzystwo ludzi jednak pomaga, bo chcąc nie chcąc, człowiek musi znaleźć w sobie siłę, żeby jakoś funkcjonować w społeczeństwie, nie tylko dlatego, żeby uniknąć pytań w stylu "Co się stało?", ale również po to, żeby uniknąć niekomfortowych sytuacji, jak na przykład niezręcznego milczenia, zwłaszcza w interakcji z osobami, które nie są nam szczególnie bliskie. Myślę, że i tak jest ze mną znacznie lepiej niż zimą - w tym czasie chodziłam na zajęcia i prawie do nikogo się nie odzywałam, siedziałam wkurwiona albo tak zmęczona swoim smutkiem, że miałam ochotę tylko i wyłącznie płakać, przez co ledwo powstrzymywałam łzy. Nie, nie, daję radę. I czasami naprawdę zapominam o swoich problemach. Niestety, ale uporczywe myśli zawsze zostają z tyłu głowy i nie pomaga ich tłumienie. Często dotyczą niskiej samooceny. Przykładowo będąc gdzieś z przyjaciółką, zaczynam porównywać nasze figury i rzecz jasna rezultat wypada na moją niekorzyść. Bo ona lepiej wyglądałaby w sukience, którą mam na sobie. I w ogóle, jest szczupła, ma ładne nogi, wcięcie w talii, a oczy to już na pewno ładniejsze i większe od moich. I tak fajnie się ubiera, ja na pewno nie wyglądałabym w tym dobrze. I jest taka inteligentna; potrafi odpowiedzieć na każde zadane jej pytanie, a ja taka głupia przecież jestem i bazyl okropny w dodatku. Gwoli wyjaśnienia - nie, nie szukam powodów do użalania się nad sobą, to jakoś tak wychodzi samoistnie, nie mam nad tym kontroli. Nie potrafię powstrzymać się od porównywania siebie do przyjaciółek, a przecież nie zrezygnuję z ich towarzystwa z tak błahego powodu, prawda?
Tak naprawdę ciągle towarzyszą mi myśli typu: "Źle wyglądasz w tych szortach, masz zbyt duże dupsko i grube nogi, a w dodatku opona zaraz Ci wycieknie przez pasek!" Gdy o tym piszę, wydaje mi się to strasznie infantylne i kpię sobie z siebie samej. Wiem, że powinnam skupiać się na bardziej istotnych sprawach, no ale sami wiecie, jak jest...

Z poważniejszymi problemami jakoś sobie radzę. Staram się spychać je w głąb świadomości, nie rozmawiać o nich. A co do rozmów o problemach - miałam dzisiaj taką jedną... z osobą, która jest mi bliska, ale której nie ufam za grosz, bo zbyt wiele razy zawiodła moje zaufanie; sprawia, że czuję się jak gówno i wstydzę się czasami wyjść na ulicę. Przez tyle lat czekałam na objaw zainteresowania z jej strony i nic. Tak to jest, gdy ktoś woli skupiać się na swoich wyimaginowanych problemach. Wracając do tej rozmowy - osoba ta chciała przeprowadzić ze mną konwersację na temat tego, dlaczego ostatnio dziwnie się zachowuję, dlaczego jestem smutna i dlaczego tak zamykam się w sobie. I w tym momencie bezwiednie przyjęłam postawę obronną; maska obojętności na twarzy, bagatelizowanie sprawy i generalnie no, zachowałam się jak zimna suka, atakując mojego rozmówcę i wytykając mu przyczyny mojej nieufności w stosunku do niego. Rozmowa zakończyła się sprzeczką. Nie okazałam żadnej litości czy współczucia, chociaż zdawałam sobie sprawę, że ranię. Mocno. I teraz mam trochę wyrzuty sumienia. Przed niektórymi ludźmi zamykam się totalnie, nie obchodzą mnie wymówki, że kiedyś byłam inna. Kiedyś byłam pogodną dziewczynką z głową pełną naiwnych idei. Kiedyś ktoś nie robił z mojego życia szamba, proste.

Generalnie wstydzę się stanów depresyjnych. Bo bywam smutna, bo tak. Czasami bez konkretnego powodu. Mam dwie ręce, dwie nogi, w miarę sprawny umysł, powinnam się cieszyć. Tak jednak nie jest, bo ciągle czegoś mi brakuje. Uwierzcie, że bardzo uciążliwe są nachalne, negatywne myśli. Towarzyszą mi cały czas. Jednakże, trzeba sobie jakoś radzić i się nie poddawać, prawda?

Myślę, że już dostatecznie dużo ponarzekałam, z rzeczy przyjemniejszych - niedawno byłam na wystawie i było fajnie. Jeżdżę sobie rowerem, odwiedzam Kanał, czytam książki i oglądam filmy. A niedługo Kraków! A niżej dość solidna porcja zdjęć (głównie samojebek) i muzyki.























Komentarze

  1. "Na szczęście to już minęło i znowu mogę pogrążać się w depresji. ;)"- piękne ironia ;D U mnie znowu w dół spada wszystko,ja nie wiem czemu tak mam,ale jak jest źle to wchodzę na Twojego bloga, traktuję go jako terapię? hmm.. Dziś po prostu słabość,słabość...jakieś dołujące filmy,słuchawki na uszach,a tam smutne kawałki, gdzieś pomiędzy tym łzy , siedzenie w wannie i głupie myśli. Niech to minie... :(Czekam na burzę z ogromną ulewą,uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ech, bo czasami sił wystarczy już jedynie na ironię, ale to dobrze, to znaczy, że mózg jeszcze funkcjonuje ;) oj, Jagodzianko, miło mi strasznie to czytać! <3 nie sądziłam, że moje wypociny kiedykolwiek mogłyby pełnić taką funkcję ;) podobno wypłakiwanie się pomaga w depresji, psycholog mi powiedziała, że płacz jest dobry, że płacz oczyszcza i tego się trzymam. kiedyś musi minąć, a pozytywne chwile można czerpać nawet ze słuchania smutnych kawałków, nie przynosi Ci to ulgi? miewam ostatnio zjazdy, w trakcie których siedzę, słucham muzyki i ryczę jak głupia, ale w jakiś pokrętny sposób uspokaja mnie to. noooo, ja też bym chciała, żeby jeszcze nawiedziła nas w tym roku burza! trzymaj się ciepło i wiesz, że zawsze możesz do mnie napisać :*

      Usuń
  2. achhhh piekna moja! Te brwi, te oczy!!! :*
    w koncu moglam nie tylko czytac Twoje posty,ale tez skomciac,bo az mnie rozrywalo od srodka!
    ja to jestem z Ciebie mega dumna- widze jak bardzo sie zmieniasz i to tak pozytywnie. stajesz sie coraz bardziej szczera i otwarta! pjjjjona!:*
    a jq po powrocie z Madrytu marzne w Pl!
    buziaaaak Gwiazdo:*

    OdpowiedzUsuń
  3. bylo super!!! ludzie, atmosfera, miejsca... czulam sie 100 razy madrzejsza i piekniejsza niz w Polsce-tam ludzie poprostu maja gdzies czy komus cera splatala figla czu dupa dobrzr wyglada w szortach. oni tam nie dosc,ze sa mega tolerancyjni,to jeszcze mega pozytywni. w pl to nawet w sklepie pani potrafi mi zepsuc humor!
    na pewno bd post o Madrycie- tylko wroce do siebie,bo co moj laptop to moj haha;) chociaz coraz czesciej mysle o likwidacji bloga...
    wlasnie o to mi chodzi-jestes o wiele bardzoej otwarta w postach niz bylas! i piekniejesz mi!

    OdpowiedzUsuń
  4. najlepsze jest to,ze prawie sie nie opalilam, przytylam i mam meeeerga odrosty i tam w zyciu nawet o tym nie pomyslalam,a wystarczyl tydzien w Pl i juz 'musze wziac sie za siebie' haha!
    dzieeeeki,milo mi baaardzo! postaram sie spiac i cos w tym tygodniu napisac;)
    wogole powiem Ci,ze mam szczescie,bo w muzeum Reina Sofia zawsze trafiam na cos ciekawego- w tamtym roku Salvador Dali ,w tym Richard Hamilton;)
    jaaaak zwykle skromna!:*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawe są te posty o Twoich stanach, bo gdy piszesz o nich to mam siebie przed oczami z przed 10 lat, gdzie tylko był taki dół, że wyłam całymi dniami i nocami, tyle, że ja nie miałam tej wiedzy co Ty. I ciekawe, jest jeszcze to, że świetnie sobie zdajesz z tego sprawę co się dzieje z Twoim umysłem i że masz świadomość tego, że tylko Ty możesz sobie pomóc. A najciekawsze jest to, że te wpisy mają pozytywne i naprawcze oddziaływanie na Twoje stany depresyjne. Mam nadzieję, że pisząc to pomagasz sobie i innym. Zastanawiałam się nad kupnem takiej bluzy, ale Olu wyglądasz w niej rewelka, pasuje do Ciebie, ostatnie zdjecie kota(wow) :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Siema Ola:)
    Po prostu trzeba czasu by wszystko zrozumieć i poukładać sobie w głowie. A poza tym Olu, to dużo medytuję.
    Jesteś ogarnięta i dasz se radę. Buźka

    OdpowiedzUsuń
  7. Hamilton klasa!
    a Mariny im zazdroszcze!
    :*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty