my ghost, where'd you go?

Nie pojechaliśmy do Rumunii. Nie będę się wdawać w szczegóły całej sprawie, dodam jedynie, że organizacja nawaliła po całości. Jestem rozczarowana, nie da się ukryć. Trudno, pojadę kiedy indziej.
Wiem, że ludzi, którzy to czytają, guzik to obchodzi, ale nie wytrzymuję i pożalę się trochę, bo tak naprawdę chyba nie mam komu. Moja psycholog wyjechała. ;) Zatem, nie scrollować w dół, nie polecam.


Ostatnie tygodnie były dla mnie takie dobre - obrona pracy licencjackiej, współpraca z nowymi ludźmi i cała reszta innych rzeczy, które w większym lub mniejszym stopniu sprawiały, że byłam szczęśliwa albo przynajmniej nie miałam czasu zawracać sobie głowy sprawami, które zżerają mnie od środka i na które już, kurwa, nie mogę nic poradzić od dobrych kilku lat, choćbym nie wiem jak zażarcie walczyła i wypruwała sobie żyły. Na niektóre rzeczy chyba nie można nic poradzić. Dzisiaj jest już lepiej niż w dniu, kiedy zaczynałam pisać ten post.
W każdym razie chciałam napisać o tym, że miałam w niedzielę atak nerwicy. Piszę o tym po to, żeby osoby to czytające i mające podobne doświadczenia, nie denerwowały się jeszcze bardziej, ale żeby miały świadomość, że może to być związane z nerwicą lub depresją. Objawy są różne i zapewne u każdego pojawiają się w różnych kombinacjach.
Jeżeli chodzi o mnie - cały dzień miałam naprawdę zły humor, z czym starałam się jakoś sobie radzić (rzeczy, które sprawiają nam przyjemność, to ważne!), jednak wieczorem nastąpiło chyba apogeum - miałam uczucie ciężkości klatki piersiowej, ciśnienie podwyższyło mi się do tego stopnia, że miałam ochotę wyrwać sobie serce z piersi, do tego klasycznie należy dodać stany lękowe, mnóstwo natrętnych, negatywnych myśli i ciągły niepokój oraz wybuchy niekontrolowanego płaczu. W którymś momencie to ustało, co rzecz jasna przyjęłam z wielką ulgą.
Nie chcę, żeby ktoś odniósł wrażenie, że napisałam to w celu zwróceniu uwagi na to, jaka jestem biedna i nieszczęśliwa, bo tak nie jest. W końcu ciągle z tym walczę i się nie poddaję, a efekty bywają różne. Ale jeśli ktoś zauważył u siebie podobne objawy i tym samym jest to pierwszy krok do szukania pomocy - cieszę się, że w jakimś tam stopniu mogłabym być tego przyczyną, bo wiecie, nie ma co bagatelizować takich rzeczy. Zdrowie jest ważne!

Dzisiaj jest okej, pojechałam sobie na Kanał, coby pozwolić na swobodne przepływanie myślom i wyciszenie się. Jest tam teraz tak pięknie! I co dziwniejsze - mimo, że moja miejscówka jest przy zbiorniku wodnym, nie gryzą żadne komary, co jest dla mnie przyjemną odmianą (wszędzie użeram się z tymi potworami!) I nawet słońce tak nie dokucza. Jest pięknie, jest magicznie i spokojnie, balsam na moją duszę. Czego potrzebuję w ostatnich dniach w nadmiarze.




Komentarze

  1. ten Twój kanał kocham normalnie<3 Nie martw się wyjazdem widocznie tak musiało byc, nic nie dzieje się bez przyczyny! A lęki i histerie tez mam czasem choć kiedys bywało więcej tego, jakoś teraz umiem nad tym panować i życzę Ci tego samego. Wydaje mi się ,że trzeba byc mocno czymś zajętym, mnóstwo pasji to wtedy te schizy znikają. trzymaj się młoda kozo !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak mi się przykro jakoś zrobiło jak to przeczytałam :(
    Wyobraziłam sobie jakie to musi być męczące.
    Dziś miałam o ironio losu /jestem pielęgniarką / młodą dziewczynę ,z napadem właśnie nerwicy... a teraz wchodzę tu do Ciebie i coś podobnego.
    Czytuję blog dziewczyny,która z czegość podobnego wyleczyła się biegając,codziennie,teraz nie ma śladu z tego co pisze.
    A na marginesie,przejeżdżałam ostatnio przez Twoją Zieloną Górę,tam nam się samochód właśnie zepsuł i szukaliśmy mechanika )
    kochana trzymaj się !!

    OdpowiedzUsuń
  3. Doskonale Cię rozumiem, miałam problem depresji w rodzinie...Przepraszam,ze się wtrącę, ale czy psychiatra i leczenie farmakologiczne ( objawowe oczywiście-nie czarujmy się, tylko takie na przeczekanie) nie byłyby lepszym rozwiązaniem, niż psycholog?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może i tak, ale dla mnie to takie trochę pójście na łatwiznę (w sensie, że nie jest ze mną aż tak źle, że aby normalnie funkcjonować, potrzebuję leczenia farmakologicznego), a obecnie biorę dostatecznie dużo leków i doszłam do wniosku, że bez psychotropów mogę się obejść. chciałabym zostawić moją wątrobę w spokoju + przeraża mnie trochę myśl, że moje samopoczucie zależy od tabletek, zwłaszcza, że moja depresja raczej nie jest aż tak głęboka. raz jest lepiej, raz gorzej, ostatnio częściej jest lepiej i mam nadzieję, że tak zostanie ;)

      zresztą, z mojego doświadczenia wynika, że psychiatra powierzchownie wysłucha i od razu przepisuje receptę, a psycholog wysłucha, doradzi i da się wypłakać na ramieniu w razie potrzeby ;)

      Usuń
  4. Aha, i jeszcze jedno ode mnie ( anonima z 13:41) . Kochasz koty? One są wspaniałymi antydepresantami, cudownie łagodzą nerwy, działają mega uspokajająco. Samo patrzenie na ich grację, urodę, sposób poruszania się, przynosi wiele radości. Oczywiście, aby "działały" muszą być kochanymi, pełnowartościowymi członkami rodziny, obdarzanymi czułością i miłością. Pozytywny efekt gwarantowany! Uwielbiam koty i wierzę w ich cudownie uzdrawiająca moc. Potrafia złamać serce niejednego macho ;) Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ależ oczywiście, że tak! jestem obdarzona silnym instynktem kocierzyńskim i nie przepuszczę żadnemu kotu; sama mam ich cztery i już dawno zauważyłam ich działanie antydepresyjne, chyba nie ma nic lepszego niż mruczenie zadowolonego z życia kota, który dodatkowo wyczuwa, że człowiek nie ma najlepszego nastroju i zaczyna się przymilać... nie zgadzam się z tym, że koty są fałszywe, trzeba mieć do nich odpowiednie podejście. są wspaniałe i potrafią być naprawdę dobrymi przyjaciółmi ;) w wolnej chwili zawsze dobieram się do moich futrzaków i to dodaje pozytywnej energii. :)
      dzięki, Ty również się trzymaj!

      Usuń
    2. Brawo Olu! Dasz radę :)

      Usuń
    3. haaa, dziękuję bardzo! :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty