jestem z tych, co nakrywają głowy kołdrą, z tych, którym strach uniemożliwia oddychanie; każda noc jest pełna tortur

Minęły dwa lata odkąd prowadzę tego bloga. Przeglądając stare wpisy dochodzę do wniosku, że z miesiąca na miesiąc jestem coraz bardziej zgorzkniała i rozczarowana. Ciężko jest mi wykrzesać z siebie odrobinę entuzjazmu. Właściwie to jestem ciągle wkurwiona. Tak, to będzie jeden z tych wpisów, w których sobie ponarzekam i poprzeklinam, bo zazwyczaj, gdy z kimś rozmawiam, klnę jak szewc i zdarza mi się używać słowa "kurwa" zamiast przecinka. Wiele razy już mi to wypominano, mnie samą to irytuje, ale nie potrafię pozbyć się tego cholernego nawyku. Zatem odradzam dalszego czytania, coby oszczędzić sobie przyswajania poniższych farmazonów i poczucia zażenowania.


Wkurwia mnie to, że nie potrafię wziąć się za pisanie tego pierdolonego licencjatu. Wkurwia mnie to tak bardzo, że zastanawiam się czy nie rzucić studiów. Wkurwia mnie to, że nie potrafię poradzić sobie z własnym zdrowiem. Chyba wpadam w depresję. Nie mam siły, nie potrafię obudzić w sobie entuzjazmu. Rzeczy, które wcześniej mnie ekscytowały, teraz są mi obojętne lub wzbudzają we mnie srogą niechęć. Chyba wzięłam sobie zbyt wiele rzeczy na styrane barki. Moja kreatywność wypaliła się już kilka lat temu. Nie mam pomysłu na siebie, na wykonanie pewnych zadań i to wpędza mnie w stan głębokiej frustracji i złości na samą siebie. Ludzie mnie wkurwiają. Nie potrafię zapanować nad negatywnymi emocjami i miewam dni, gdy na sam widok czyjejś mordy mam ochotę wydrapać z niej oczy. Mam ochotę wykrzyczeć prosto w tę mordę, co o niej myślę, z użyciem wszystkich znanych mi przekleństw i obraźliwych określeń. Ludzie ciągle zawodzą, robią w chuja, próbują wykorzystać, a ja już nie mam zamiaru patrzeć na to z opuszczoną głową i bez słowa krytyki. Czasami wydaje mi się, że sama wcale nie jestem lepsza i że próbuję żerować na innych ludziach.
Brzydzę się sama sobą. Moje poczucie własnej wartości już dawno umarło. I nie chodzi o wygląd, bo z tym zmagam się od... zawsze. Jednak jeśli wątpi się w swoją wartość samą w sobie, w swój intelekt, nie jest dobrze. Brzydzę się sobą, swoimi myślami ociekającymi żółcią. Brzydzę się i gardzę tym, że nie potrafię wziąć się w garść. Nienawidzę tego, że nienawidzę siebie i że ciągle skupiam się nad tą nienawiścią, która czasami przesłania mi wszystko inne.
Nie mam ochoty wychodzić do ludzi. Spokojna czuję się w momencie, gdy położę się z książką i skupię się na lekturze, bo wtedy nie myślę o swoim życiu, tylko o fabule, wtedy moje własne problemy wydają się dość błahe i odległe o wartość wręcz niemożliwą do wyobrażenia sobie. I wtedy nie muszę mieć do czynienia z ludźmi.
Chciałabym mieć tak bardzo wyjebane na rzeczy, na które nie mam wpływu, jednak jak mam mieć wyjebane, skoro ktoś obarcza mnie odpowiedzialnością za coś, co nie jest moją winą? Ja już dawno położyłam na to kreskę i życzyłabym sobie, żeby pozostawiono mnie w spokoju, bo mam na głowie dostatecznie dużo własnych problemów. Gdyby ktoś zapytał, co dzieje się w mojej głowie, ochoczo udzielam odpowiedzi - w mojej głowie dzieje się rozpierdol. Żyję w ustawicznym stresie przez licencjat, przez pewne obowiązki, które na siebie wzięłam (i na chuj mi to było...?), przez to, jak czuję się sama ze sobą (a czuję się skandalicznie źle, jestem swoim największym wrogiem), przez to, że jestem niepewna niektórych ludzi i tego, jak do niektórych ludzi tak strasznie tęsknię, mimo, że oficjalnie zachowuję dystans, bo nie chcę nikomu dawać broni do ręki, bo obnażanie się ze swoich uczuć jest dla mnie równoznaczne z pokazaniem własnych słabości.
Wkurwia mnie to, że ciągle toczę z sobą walki, które przegrywam. Wkurwia mnie to, że próby wzięcia się w garść spełzają na niczym. No ja jebię.
Wszystko wydaje mi się tak bardzo chujowe, że nie mam siły wstawać rano z łóżka. Jestem zmęczona, jestem wkurwiona, jestem zniechęcona. Tak prawdę mówiąc, brak mi sił do życia. Jakoś nie chce mi się żyć, życie wydaje mi się takie jałowe, zjebane, ciągle boję się przyszłości, ciągle dopadają mnie jakieś trudności... Wiem, że mam wokół siebie przyjaciół, na których mogę liczyć, ale co z tego? Nie chcę mówić im o tym, co siedzi w mojej głowie, zwłaszcza gdy zdaję sobie sprawę z tego, że im życie również ostro dojebało.
Mam ochotę wydrapać sobie żyły, pozbyć się tych wszystkich myśli... Miewałam kiepskie momenty w życiu, ale dawałam sobie z nimi radę, a teraz... Po prostu nie potrafię. Moja sytuacja życiowa mnie przerasta. Uprzedzając złośliwe albo pełne politowania komentarze - tak, wiem, inni mają gorzej, ale w chwili obecnej mam to w dupie, zwłaszcza, że nie napisałam o wszystkim, co mnie trapi, ewentualnie subtelnie liznęłam temat. A zresztą, dlaczego staram się usprawiedliwić? Tak, w tym momencie użalam się nad sobą. Zazwyczaj użalanie się nad sobą przynosi pozytywny skutek i polepsza samopoczucie. Nie tym razem.
Ja pierdolę, chyba osiągnęłam szczyt koszmarnego samopoczucia. Czuję się jak gówno. Nie życzę nikomu. Pytam samą siebie, kiedy to się skończy, ale czy w końcu do tego dojdzie?


Komentarze

  1. też lubię poużalać się nad sobą. tyle, że mi nie przynosi to ulgi. zamieniam się wtedy we wstrętną, przebrzydłą histeryczkę. aż sama się czasem zastanawiam czy nie żal mi energii na negatywne emocje. przecież mogłabym w końcu tyle pozytywnej energii okazać.
    wstręt do ludzi już mija, ale też nie mogłam na nich patrzyć. a teraz stwierdzam, że z własnej winy - bo jeśli ktoś bliski mówił mi,że pewne osoby robią mnie zwyczajnie w huja, to ja potrafiłam zlaneźć 10000 argumentów, że tak nie jest. sama sobie próbowałam wmówić. to chyba moja największa wada - patrzę na coś obiektywnie, ale wmawiam sobie ,ze jest inaczej. oszukać innych to już tam chuj, bo ludzie częściej kłamią niż łapią oddech, ale już oszukiwać siebie to głupota.
    widzę kochana,że potrzebujesz resetu, odcięcia od wszystkiego . jesteś zmęczona natłokiem wszystkiego, bijesz się z myślami. czasem warto zawrócić dupę bliskim osobom i rozwiązać swoje problemy- to nie oznaka słabości, tylko siły. wiem z doświadczenia. emocje bd się kumulowały, a to nic dobrego.
    rzucanie studiów na tym etapie byłoby szczytem nie powiem Ci czego:P mogę się poużalać razem z Tobą, ale chuj, praca ma być napisana!

    OdpowiedzUsuń
  2. wiesz, ja szczerze mówiąc zmieniłam punkt widzenia dopiero na magisterce. pewne wnioski wcale mnie nie ucieszyły, bo jak tak spojrzeć na to obiektywnie to chyba jestem i zawsze byłam optymistka. tylko taką trochę zrzędliwą. zawsze mówiłam,ze wszystko będzie ok, a niektórych ludzi gloryfikowałam. niektóre przyjaźnie zerwac było mi bardzo ciężko szczerze mówią, bo mam zawsze te swoje usprawiedliwienia (' ale kiedyś tak się świetnie dogadywaliśmy', ' ale tyle razem przeżyliśmy' itp.). a teraz mam podejście - masz mnie w dupie -> ja ciebie też-> tam są drzwi-> wypierdalaj. wolę mieć przy sobie kilku znajomych niż kilku fałszywych istot tzw. a la przyjaciół.
    ja sam jak naprawdę wzięłam się za swoją pracę licencjacką ( a zrobiłam to trochę za późno - mogła wyjść z tego zajebista sprawa, a wyszła średniawka) to stres mnie zżerał - im bliżej tym bardziej panikowałam i łapałam doła. już nie wspominam jaka byłam dla otoczenia, bo to już inna sprawa. dlatego mam wrażenie ,że Ty zaczynasz kochana wkraczasz w ten sam etap - nie wiesz od czego zacząć, wszystko Cię wkurza, wydaje się bezsensowne, bezcelowe. odczuwasz po prostu presję i męczysz się z tym. do tego dochodzą inne czynniki, które to wszystko potęgują.
    ja czasem dochodzę do wniosku,ze przyczyną mojego rozdrażnienia są ludzie - ich głupota, bezmyślność, brak bezinteresowności tak bardzo mi nie leżą,że szok.
    dasz radę, wierzę w Ciebie - każdy ma chwilę słabosci, zmęczenia. ale ludzie tacy jak my zawsze wygrywają, pamiętaj o tym:):*
    p.s: a jak tam tarczyca?

    OdpowiedzUsuń
  3. To jasne,że zmieniaj! nie ma nic gorszego niż ignorancja! moją to jeszcze nie wiem czy mogę pochwalić - chyba jest jeszcze na to za wcześnie. co prawda po przepisanych przez nią lekach czuję się zajebiście - mam moc energii, sport w końcu nie sprawia mi takich trudności, przestały mi się kruszyć włosy i cera wygląda jako tako dobrze ( wpierdalam co popadnie, bo jestem na wyjazdach cały czas, więc to tylko i wyłącznie moja wina). na punkcie pozbywania się tłuszczu też już przestałam mieć hopla haha;) a na 13 czerwca jestem umówiona właśnie na usg tarczycy.
    może to ta tarczyca tak Cię męczy? dobrze,że zmieniasz doktor, bo najważniejszą cechą dobrego lekarza jest UMIEĆ SŁUCHAĆ i to wykorzystać a nie!
    ja powiem Ci,że czuję wielką ulgę,że kopnęłam te osoby z którymi ' kiedyś było zajebiście'. kiedyś nie wraca najczęściej, a i szkoda wysiłku.
    dziś właśnie wróciłam z wrocławskiej konferencji - w końcu oderwałam się od rzeczywistości, poszalałam, wytańczyłam się za wszystkie czasy, nagadałam z ludźmi, których nie widziałam rok i co najlepsze - było mi z nimi sto razy lepiej niż z tamtym towarzystwem , które znam od wielu lat...

    OdpowiedzUsuń
  4. Nooo, ta Twoja doktor to Ci tą twoją tarczycę leczyła jak mi tamten doktor boreliozę, którą ochrzcił mianem 'uczulenia na truskawki'... skąd oni się biorą na serio. pamiętam jak w liceum dermatolog na 3 krostki chciała mi izotek przepisać xD zobaczysz, że jak zmienisz lekarza to samopoczucie się zmieni po dobraniu dobrych leków i co najważniejsze ZROBIENIU SZCZEGÓŁOWYCH BADAŃ!
    ech, przeszłam etap tej przykrości i z czasem było już tak krytycznie,ze spasowałam. dzięki temu żyje mi się naprawdę inaczej - wiem,ze mam przy sobie ludzi na, których mogę liczyć. choć jestem tak nieufna,że nie wiem czy kiedykolwiek bd jak dawniej.
    wiesz co, stwierdziliśmy z moim chłopakiem,że chyba wszędzie lepiej niż w Olsztynie;) oczywiście, to tak z przymrużeniem oka, ale zmiana otoczenia to najlepsze co można zrobić:)
    haaa, jeszcze spotkamy się we Wrocku zobaczysz:*
    p.s: a jak bieganie? ja dałam ciała na caaaaaałej linii!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty