the only risk is that you'll go insane

Nowy Rok już dał mi się we znaki - od trzech dni czuję się strasznie, nie chcę z nikim się widzieć i prawie nie wychodzę z pokoju. Chyba znowu dopadło mnie apogeum wszystkich lęków i obaw. Główną przyczyną jest rzecz jasna licencjat, powinnam wziąć się za napisanie pierwszego rozdziału, a psychicznie nie mam siły, nie wiem jak zacząć, boję się. Na samą myśl o tym, że niedługo zaczniemy wprowadzać nasz projekt, robi mi się słabo i czuję niechęć. Sam powrót na uczelnię wydaje mi się ponad moje siły. Cała moja energia gdzieś się ulotniła, chyba straciłam ją w wirze spotkań ze znajomymi, które w okresie przedświątecznym, świątecznym i poświątecznym były dość intensywne.


Wiem, że istnieją naprawdę większe problemy, jak głód zabijający tyle istnień, kataklizmy itd., ale tak naprawdę kogo obchodzi, co dzieje się na świecie, gdy musi uporać się ze swoimi problemami? I chociaż brzmi to okrutnie i bardzo egoistycznie, nie oszukujmy się - jesteśmy zaabsorbowani tym, co dotyczy nas bezpośrednio.

Zbierałam się już od dłuższego czasu, żeby w końcu coś tutaj napisać, ale po prostu nie miałam siły. Chyba dalej nie mam, ale gdy trzeba dokonać wyboru między pisaniem pracy, a pierdół na blogu, decyzja wydaje się być oczywista. Za licencjat wezmę się jutro. Postaram się.

Tak jak wspominałam wyżej, nadrobiłam zaległości towarzyskie. Spotkałam się z bliskimi, z czego rzecz jasna jestem ogromnie zadowolona. Dwie przyjaciółki się zaręczyły, trzecia zaszła w ciążę. Właściwie dalej nie mogę wyjść z szoku i chyba wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wydaje mi się to całkowicie nierzeczywiste. Tak nawiasem, fejsbuk w okresie świątecznym ciągle bombardował mnie informacjami dotyczącymi zaręczyn.

Wracając do znajomych i do sobotniego pobytu w Kaflowym - miałam pozdrowić na swoim blogasku Anala. Precyzuję - pozdrawiam Anala, a nie za anala (ktoś jest taki dowcipny, ochh).

Ogromnie cieszę się ze zmian, które zaszły w życiu moich przyjaciół i czuję swego rodzaju zazdrość, na szczęście nie tą pełną zawiści (o ile rzecz jasna zazdrość może być pozytywną emocją). Życzę im jak najlepiej i trzymam kciuki (jak się okazuje, mój charakter chyba nie jest aż tak podły). Z drugiej strony jednak zdałam sobie sprawę, że w przeciwieństwie do nich ciągle stoję w miejscu. Właściwie to zawsze porównując się z moimi przyjaciółkami czuję się gorsza - wszystkie są inteligentne, atrakcyjne, świetnie radzą sobie w życiu i chyba tylko ja jestem takim bazylem, który nie potrafi się ogarnąć. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo je kocham i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Nie wiem, do czego zmierza ten wpis, ale jest mi trochę lepiej, gdy napiszę to, co mi leży na sercu. Myślę jednak, że lepiej będzie to już zakończyć, a ja wrócę do zadręczania się wszystkimi swoim defektami umysłu i wyglądu, Wołania kukułki albo Powrotu króla. Dobranoc.



P.S. Miałam napisać co nieco o najnowszym Hobbicie, ale... nie mam siły.



Komentarze

  1. A po co sie porównujesz z koleżankami? To tylko prowadzi do dołowania...Olu na Ciebie, też przyjdzie kolej. Naprawdę uważasz, że zaręczyny są tak ważne w życiu?
    Jak się sprężysz w sobie i dobrze rozkminisz licencjat to będziesz mieć już z głowy połowę mgr. Pisanie pracy dyplomowej też może być ciekawe, zobaczysz ile nowych rzeczy się dowiesz...Swoją drogą, na jaki piszesz temat? bardzo jestem ciekawa...

    Spodobał mi się twój blog a przede wszystkim, to w jaki sposób spostrzegasz świat...do dzieła kobitko bo masz potencjał!

    Co to, za muza? Lubię takie dżwięki....

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty wiesz ,że i mnie tez cos dopadło tym razem :-( Nawet mi się nie chce z nikim widywać , mam nadzieję, że wszystko minie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki :-)
    A licencjatem się wcale nie martw to naprawdę pikuś malutka :-) :-*
    Trzymaj się pierdołko :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. DAJ NA LUZ BABO !:) Młoda jesteś, masz ogrom czasu, żeby ogarnąć swoje życie. U mnie jest podobnie, koleżanki wstawiają foty pierścieni, dzieciaków itd. ale ja sobie myślę, że teraz one staną w miejscu a ja mam to wszystko przed sobą i ten szaaaał czeka na mnie. Kurde, myśląc o tym, po cholerę facet który ma 20 lat oświadcza się 19 itd. Nie zrozumie tego nigdy. Może jestem jakaś dziwna, ale dla mnie idealny czas na tego typu "gesty" to 25 lat i wyżej. Teraz czuję się jakoś kompletnie niedojrzała;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. do oświadczyn i samego małżeństwa mam raczej sceptyczne podejście i nie wiem czy to dla mnie, ale chodzi o sam fakt, że no rozwijają się, znajdują mieszkania, fajną pracę i naprawdę fajnie radzą sobie w życiu, przez co czuję się czasami jak upośledzona ;o haha, u mnie granica wieku na takie rzeczy to tez mniej więcej 25 lat, do takich decyzji naprawdę trzeba dojrzeć

      Usuń
  4. Spoko, mała, mamy przynajmniej o czym gadać.... no i PIONA, bo z nikim nie mogę sobie takowej przybić, jak nie z Tobą. JU NOŁ!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no pewka, takie dwie ofiary losu zawsze się dobiorą, TAK WYSZŁO :D :**

      Usuń
  5. Dla mnie juz sam poczatek 2014 roku nie jest jakis przelomowy- w swieta nazarlam sie jak swinia (inaczej jie dalo rady tego okreslic) co zaowocowalo wartewka tluszczyku,ktorego pozbylam sie kilka miechow temu.Moze nabieram masy haha:p juz 3 tygodnie bie biegalam -czyli wielkie buuuuu! ale dostalam fajna ksiazke na ten temat,moze mnie zmobilizuje:D bo jak narazie meczy mnie fakt,ze od jutra tyra na studiach sie zaczyna i jakos czarno to widze.weny do nauki nie mam. z rezzta weny do niczego nie mam. jesli caly rok taki bd to porazka i tyle.
    Co do facebookowych zareczyn-wsrod moich znajomych odnotowalam 18 przypadkow:D ja jestem z moich chlopakiem 3,5roku ale zareczyny,sluby i te bajery jakos do szczescia nam nie sa potrzebne.
    I qcale nie powinnas czuc sie zle z tym,ze nie zyjesz schematycznie!
    :*

    OdpowiedzUsuń
  6. 'Sztuka biegania' Pauli Radcliffe, biegaczki długodystansowej. Plusem tej książki są na pewno rozpisane treningi dla początkujących, średniozaawansowanych i masterów. I są to rozpiskina różne dystanse- 5km, 10km i przygotowujące do maratonu. Ja chyba zacznę od najniższego poziomu czyli 5km, bo po świętach czuję niemoc w nogach, obrzydzenie do jakichkolwiek czynności oddalających mnie od łóżka i ciepłego kocyka i odczuwam ,że moja dupa przytyła conajmniej 2 kilo. No ale co ja poradzę,że mój kawałek serniczka ma wielkość połowy blachy, pyszne naleweczki same lądują w kieliszeczku (ja im nic a nic nie pomagałam!)... Coś czuję,że do biegania zmobilizuje mnie myśl, że w lipcu chcę jechać do Hiszpanii, a tam już nie ubiorę grubego swetrzycha i pary ulubionych, czarnych jeansów ( atak się z nimi zżyłam!). Wogóle zastanawiałam się nad wykupieniem sobie diety, ale jestem tak niezdyscyplinowana ,że nie wiem czy to byłby dobry zakup...
    Cholera! Ofermy NIE PISZĄ TAK ŚWIETNIE! Ofermy NIE MAJĄ TAK ZAJEBISTYCH BRWI! Koniec. Kropka.
    Paoizdrowionka:*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty