say you’ll never let me go

Ten post poświęcę opisowi tego, jak bardzo jest mi źle, więc jeśli ktoś nie jest w stanie znieść takiej dawki samoudręczaniu się, niech lepiej zamknie ten wpis, coby nie narazić się na uraz psychiczny oraz ogólne zniesmaczenie. Serio.

Dzisiejszy dzień jest dniem, który przytłacza mnie wszystkim tym, co mam na głowie i co próbuję codziennie zepchnąć w głąb podświadomości. Wpadłam w dołek i nie potrafię się z niego wygrzebać. Ogarnął mnie marazm, ogólne zniechęcenie i poczucie bezsensu. Nie chcę czytać książek, nie chcę oglądać filmów, nie chcę rozmawiać z ludźmi... Nie mam nawet ochoty na coś słodkiego! Siedzę w pokoju i trochę się nad sobą roztkliwiam (bo czasami człowiek ma taką potrzebę); słucham XXYYXX i Bisza, i ogarnia mnie coraz większa melancholia. Wszystko wydaje mi się takie bez znaczenia i przytłaczające; wszystkie moje porażki, o których staram się zapomnieć, wypełzają z najciemniejszych zakamarków i nie chcą wrócić z powrotem- takie momenty naprawdę potrafią sprawić ból i ostatecznie zgnoić.


Czuję się tak źle, że nawet przez myśl przechodzi mi rzucenie studiów- serio, na tę chwilę nie odczuwam żadnego entuzjazmu, nie tylko w stosunku do mojej dalszej edukacji, ale i innych aspektów mojego życia; praca nad projektem animacyjnym i pracą licencjacką wydaje mi się ponad moje siły, a w głowie brak jakichkolwiek sensownych pomysłów na ich zrealizowanie. Nie widzę sensu w prowadzeniu tego bloga, nie widzę sensu w próbach rozwijania siebie, nawet tych marnych. Gdybym znowu miała siedemnaście lat, pewnie systematycznie wyżywałabym się na sobie za pomocą żyletki, chciałabym umrzeć i beczałabym na korytarzu uczelni. A teraz? Chciałabym po prostu położyć się do łóżka z nadzieją, że jeśli odpowiednio długo będę spać, wszystkie moje problemy same się rozwiążą. Z chęcią roztrzaskałabym wszystkie lustra na mojej drodze- odbicie patrzy na mnie z obrzydzeniem, a ja nie pozostaję mu dłużna. Moje poczucie własnej wartości od zawsze ledwo wynurzało głowę spod powierzchni oceanu wszystkich możliwych, często absurdalnych kompleksów, a teraz po prostu utonęło. Czuję, że osiągnęłam dno.

Do tej pory wydawało mi się, że do pewnych problemów, z którymi zmagam się od kilku lat, przywykłam do tego stopnia, że stały mi się obojętne- bo jak reagować na coś, na co tak naprawdę nie można mieć wpływu, a próby naprostowania tego syfu spełzły na niczym i spowodowały nieuleczalne urazy na psychice, które tak naprawdę rzutują na CAŁE życie? Po jakimś czasie naturalną reakcją powinna stać się obojętność, ale nie, nie ma tak łatwo, o czym dzisiaj tak dobitnie miałam okazję się przekonać. Pewne wydarzenia po prostu łamią serce i nijak nie można tego naprawić.

Palę papierosa za papierosem, pomarudziłam tutaj i jest mi trochę lepiej. Jutro pewnie usunę ten wpis albo przeczytam go z ironicznym albo zażenowanym uśmiechem, ale chyba tego było mi trzeba. Zawsze popełnienie takiego grafomaństwa godnego samozwańczych Werterów wpływa w pewien sposób kojąco, prawda? Zatem jeśli ktoś pokusił się o przeczytanie tych wypocin i krytyka ciśnie mu się na usta, niech da sobie na wstrzymanie- każdy ma chwile słabości.









Komentarze

  1. Masz smykałkę do pisania. Ja na przykład, niezależnie od tego czy czuję się dobre czy mega źle, nie umiem ubrać tego w słowa, Tobie nawet takie jojczenie udało się fajnie opisać. Może powinnaś coś z tym zrobić? Wspomniałaś, że masz wątpliwości co do studiów. Rzuć to w cholerę i spróbuj zająć się pisaniem zawodowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! kiedyś coś tam pisałam, jakieś opowiadania, ale porzuciłam to już dawno, zawsze frustrowało mnie, gdy nie potrafiłam czegoś ująć w słowa albo gdy po prostu brakło mi pomysłów. myślę, że jednak postaram przetrwać się ten ostatni rok- chciałabym coś dokończyć, więc niech to będą chociaż te studia. ;) a pisaniem zawodowo raczej się nie zajmę, brak mi odpowiednich umiejętności i wiedzy, nie mam siły przebicia i tak prawdę mówiąc nie mam pojęcia, o czym mogłabym napisać, niemniej jednak dziękuję za miłe słowa! ;)

      Usuń
  2. Ejj przychodzą czasem takie dni , jak i takie,że mamy power albo odwrotnie . Tak po prostu jest , nie można wiecznie chodzić szczęśliwym :-) Więc uszy do góry , pewnie chwilowy zastój :-) Co do pisania to pisz , pisz , czas sam pokarze :-) Oprócz ,że fajnie piszesz to ogólnie fajna jesteś , się mi wydaje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. matko błąd zrobiłam :-/ Wybacz :D Jak dziś się czujesz ??

      Usuń
  3. heh, też tak miałam - w tamtym roku, przy pisaniu licencjatu. Tyle,że ja zamieniłam się w rozgoryczoną histeryczkę. Też myślałam żeby rzucić studia, ale wypisałam sobie za i przeciw , no i za wygrały. "Po kiego użerałam się ze wszystkimi problemami, ciężkimi egzaminami żeby teraz się poddać?" - powiedziałam sobie. A jeszcze chęć zdobycia stypendium przeważyło. Bo to stypendium pozwala mi na realizację jakiś mniejszych i większych założeń. I dzięki niemu odczuwam jakąś głupią satysfakcję.
    Naprawdę lubię Cię czytać, sprawia mi to wielką przyjemność.Nie tylko dlatego,że masz świetny styl pisanie ( a masz!), a dlatego,że widzę w Tobie wielki potencjał i naprawdę bogatą osobowość.
    I kuwa nie lubię pisać emocjonalnie, no ale musiałam!;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jakiś miesiąc! współczuję wszystkim poszkodowanym i naprawdę należało się im odszkodowanie (teraz to wiem! a wtedy wydawało mi się ,że to oni się przypieprzają haha).
      Ja moje studia same w sobie też lubię- gdybym nie lubiła, to pewnie nie poszłabym na magisterkę w tym kierunku;) chyba:P ale trzeci rok spowodował u mnie natłok wrażeń chyba;)
      no właśnie fakt,że dostałam je w tamtym roku wywolał u mnie syndrom zachłanności - już wypisałam na co wydam hahahaha. patologia.
      Nie dziękuj tylko pisz:P!

      Usuń
  4. Fajnie, że mogę tu być anonimowa. Osobiście czuję się beznadziejnie w... moim rodzinnym domu. Nikogo nie interesuje, że zdaje ciężkie egzaminy, czasami na 3, no ale to 3 a nie 5... Tak samo uważają, że na stooo procent mam syf w pokoju studenckim w czasie gdy mam mega porządek bo go po prostu lubie. Mam ciągle wrażenie, że moja rodzina tak naprawdę nie wie kim jestem, jaka jestem, kim chce być itd. Uwielbiam przebywać sama ze sobą, wtedy czuję się najbezpieczniej (dziwne w sumie może się to wydawać) Nie wiem... poza tym cholernym domem na mojej twarzy jest uśmiech, a gdy wracam nagle znika na te parę dni. Rany sory, że taką żenadę tutaj wypisuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, może po prostu Twoja rodzina wspiera Cię, ale po cichu; ja z moimi rodzicami nie rozmawiam często o moich studiach, ale wiem, że mnie wspierają, po prostu po użeraniu się ze mną w liceum dali mi wolną rękę. haha, syf w pokoju? to niech kiedyś Cię odwiedzą w mieszkaniu, w sumie nie wiem po co robić o to szum, nawet gdybyś miała bałagan, to Ty tam mieszkasz, a nie oni. ;)

      moja rodzina chyba też tego do końca nie wie, pewnie zachowujesz się w domu zupełnie inaczej niż wśród znajomych, co? to pewnie kwestia braku rozmów albo sama nie wiem czego... może warto pomyśleć o tym, żeby przeprowadzić z nimi rozmowę, w końcu nie jesteś już dzieckiem. ;) spoko, nie ma sprawy, każdy sposób jest dobry, żeby sobie ulżyć!

      Usuń
  5. Wiesz to jest grubsza sprawa, wiele razy zawiodłam się na nich, a jestem typem osoby która może być cierpliwa, ale do pewnego momentu, jak ktoś przekroczy tą mała granicę to nie jestem w stanie zaufać, otworzyć się, rozmawiać tak jak dawniej itd. Mam wokół siebie osoby które są wspaniałe i nie ważne czy są to rodzice, ważne, że można się do nich śmiało z całych sił przytulic i powiedzieć co jest grane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że doskonale Cię rozumiem, no i raz zawiedzionego zaufania tak na dobrą sprawę chyba nie da się odbudować. no i bardzo dobrze, że masz takich ludzi, rodzina nie zawsze jest najważniejsza ;)

      Usuń

Prześlij komentarz