baby let's take a walk, back where we began

Jesień w pełni- zdecydowanie jest moją ulubioną porą roku. Kieszenie i torby mam  pełne kasztanów, których z roku na rok jest coraz mniej (zwłaszcza w Zielonej Górze!), delektuję się barwami, zapachami i łagodnym jesiennym słońcem. Jeżeli chodzi o zmysł powonienia- najbardziej lubię zapach opadłych liści i kasztanów, świeżo po zdjęciu z nich zielonej skorupki. Lubię też zapach ogrzanego powietrza w moim pokoju i miąższu dyni; nie mogę doczekać się Halloween! W tym roku na moje specjalne życzenie mama posadziła dynie w ogrodzie- zrobiłam niedawno rekonesans, będę miała w tym roku co wycinać i mam nadzieję zrobić w końcu zupę i sok dyniowy. ;)

Wracając do kasztanów- kilka lat temu dostałam od Krówska pamiątkę z Turcji, małą miseczkę, którą co roku zapełniam kasztanami, leżą sobie tak cały rok, a gdy nadchodzi jesień, opróżniam ją, coby zrobić miejsce na świeże egzemplarze. Właściwie to sporo mam zwyczajów, które są całkowicie bezsensowne, ale kto z nas nie ma swoich odchyłów od normy?


Przepadam za wieczorami, które mogę spędzać w łóżku; czuję się wtedy najprzytulniej i najbezpieczniej. Jesienią też najlepiej ogląda mi się filmy Burtona. Dzisiaj chyba odpalę Gnijącą pannę młodą, której już dość długo nie widziałam.

Dziwi mnie to, że tak wielu ludzi w zasadzie nie zwraca uwagi na tę porę roku, narzekając jedynie na to, że zimno, że deszczowo, że depresje i traktując ją jako krótki okres przejściowy między latem a zimą. Błąd! Jesień jest najpiękniejsza. O tej porze roku humor najbardziej mi dopisuje i z większym zainteresowaniem obserwuję, co dzieje się z naturą.

Zaczęły się studia i trzeba myśleć o pracy licencjackiej... Czasami żałuję, że licencjat na animacji kultury nie wygląda tak jak na innych kierunkach, ale nie ma wyjścia- musimy dać radę, chociaż spędza mi to sen z powiek i notorycznie jestem poddenerwowana!

Jako że niedawno miałam urodziny, stałam się posiadaczką pierwszych w swoim życiu pędzla do makijażu, bronzera i różu.  Czuję się już prawie jak kobieta. Muszę jeszcze nauczyć się tym posługiwać- mam dwadzieścia trzy lata, a takie rzeczy to dla mnie w dalszym ciągu czarna magia (w liceum malowałam co najwyżej rzęsy i to od czasu do czasu, szaleństwem było zrobienie sobie kresek na powiekach, a dopiero na studiach zaczęłam używać kremu matującego i transparentnego pudru). Moja druga próba nałożenia sobie tego na twarz zakończyła się klęską- wychodząc z domu, wydawało mi się, że nie jest aż tak źle, a po powrocie zastanawiałam się przez dłuższy czas, jak mogłam wyjść z taką mordą gdziekolwiek. W moim odczuciu widok był dość groteskowy. To pewnie kara za te wszystkie podśmiechujki  z dziewczyn/ kobiet robiących dziwne rzeczy ze swoimi obliczami. Zrezygnowałam z oglądania filmików instruktażowych na YT, bo w panikę wpędza mnie ilość kosmetyków i pędzli, których używają dziewczyny; naprawdę nie wiem jak coś takiego można ogarnąć!

Czasami uderza mnie to, jak wielka granica dzieli nas od tego, kim kiedyś byliśmy dla drugiego człowieka- jak wielki dzieli nas dystans i chłód. I pomyśleć, że kiedyś można było komuś powierzyć tej drugiej osobie najbardziej bolesne sekrety i czuć się przy niej bezpiecznie; wydaje mi się, że od tamtych czasów upłynęły wieki.

No nic, idę jeść pierogi i oglądać film!
z Pasożytem oglądamy "Marsjanie atakują"


Komentarze

Popularne posty