I can live it here forever inside

Z pewnością nie ja jedna należę do grona osób, które w trakcie trwania wakacji rozregulowały sobie dobę- chodzę spać, gdy jest już jasno, wstaję w późnych godzinach popołudniowych. Żałuję, że nie wstaję wcześnie, bo lubię poranki, jednak bardziej lubię godziny nocne, kiedy w domu panuje cisza, a ja jako jedyna z domowników jestem pełna energii. Aktualnie poświęcam się oglądaniu serialu- wróciłam do Skins; za chwilę rozpocznę szósty sezon, a następnie usiądę do oglądania Gry o tron. Odkładałam ten moment do chwili, gdy wreszcie przeczytam wszystkie książki, porzuciłam jednak ten zamiar, gdyż zwyczajnie mnie nudzą. Męczy mnie ich lektura i właściwie nie rozumiem, skąd tyle zachwytów skierowanych w stronę twórczości Martina- przyznam, że opornie szło mi czytanie Pieśni lodu i ognia. Myślę, że spowodowane jest to faktem, że spodziewałam się konkretnego fantasy, a jest to jakby pośredni element, a nawet, gdy mamy z nim do czynienia, jest naciągany do granic możliwości i ewidentnie do mnie nie przemawia. I wbrew zasady, którą wyznaję z wielką gorliwością- że wszystkie książki przeze mnie zakupione albo te, które dostaję w prezencie, przeczytam prędzej czy później, uznałam, że ta nie sprawdzi się w tym przypadku, w związku z czym sprzedałam je i uwierzcie, nie było mi żal się z nimi rozstawać. Mam miejsce na regale na kolejne książki!

W sobotę świętowaliśmy urodziny Beniamina, natomiast w czwartek jedziemy do Łagowa, na pole namiotowe. Mam nadzieję, że ja i mój okres to zniesiemy. Serio, okres w czasie wyjazdu to najgorsze co może być, zwłaszcza na łonie natury. Nie będę jednak narzekać, bo kocham Łagów; jest dla mnie magiczny i często fantazjuję na temat tego, co mogłoby kryć się albo co kryje się w jeziorze lub w lesie. Osoby, które tam były, pewnie wiedzą, co mam na myśli. Tęsknię za Łagowem, strasznie! Ostatni raz byłam tam rok temu, w dodatku nawet nie weszłam do wody... Nie tęsknię za to za obleśnymi, czarnymi ślimakami bez skorupy, które w tamtych rejonach osiągają przerażające rozmiary. Napawają mnie wręcz bezgranicznym obrzydzeniem. W moich okolicach mam do czynienia z ich mniejszymi, brązowymi krewniakami, które wyglądają jak pełzające gówno- w sobotę taki kupiszon przykleił się do mojej nogi... Trauma do końca życia.

Gdyby istniała taka możliwość, kupiłabym sobie burkini na ten wyjazd, także tego- to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o moje bycie fit. Zawsze mogę owinąć się namiotem.

A niżej kilka pierdół, między innymi zdjęcie wybornego sushi, jakie przygotował nam Karol w sobotę. ;)
Niebieski płyn- wasabi!



A tutaj moja Szatanica, gdy się wścieka. 


Komentarze

Popularne posty