oh, you know we are the infinity

Z Krakowa wróciłam w niedzielę, z wielkim żalem. Zakochałam się w tym mieście! Poprzednio byłam tam kilka lat temu na wycieczce szkolnej i chociaż już wtedy mnie urzekło, dopiero teraz zaczęłam odkrywać jego urok nie tylko z perspektywy zabytków (które w dalszym ciągu wywierają na mnie wielkie wrażenie), ale atmosfery, ludzi i całej reszty, która składa się na to, że Krakowa nie można nie kochać! Rzecz jasna stało się to między innymi za sprawą osób, które mi towarzyszyły (mogę z całą pewnością stwierdzić, że tworzymy paczkę osobników o co najmniej hmmm, specyficznym poczuciu humoru). Tańczenie na ulicy, nieprzyzwoite gesty, absurdalne rozmowy, szaleńczy śmiech (właściwie to rechot) i dzielenie się z sobą posiłkami (musieliśmy SKOSZTOWAĆ wszystkiego) jest skromnym podsumowaniem naszego weekendu, z którego musiałam powrócić do rzeczywistości. Planujemy pojawić się tam znowu na kilka dni, może w lipcu, o ile coś nie pokrzyżuje naszych planów. A niżej my, banda zjebów, haha!

W dalszej części tego wpisu postaram się bardziej szczegółowo opisać rzeczy, które zapadły mi w pamięć w trakcie naszej podróży i rzecz jasna wrzucę zdjęcia.


Przede wszystkim- podróż pociągiem, która trwała dziesięć godzin! Ze stacji w Zielonej Górze wyruszał bodajże o 5:30, co ostatecznie skończyło się tym, że nie spałam całą noc, bo spakowanie się zajmuje jednak sporo czasu, a żeby dostać się z mojego zadupia do Zielonej, muszę szybciej zwlec dupsko z łóżka.

Jazda pociągiem nie obfitowała w szczególnie traumatyczne przeżycia, pomijając rzecz jasna nasze dziwne dyskusje, rechot oraz rechot z rzeczy naprawdę prymitywnych (czasami zastanawiam się czy nie powinno mi być wstyd, ale co tam!) Liczyłam na to, że poczytam sobie książkę, jednak w takim towarzystwie się nie da! Mój sen trwał pół godziny, nie więcej (chociaż zazwyczaj przesypiam całą podróż do Wrocławia); generalnie ciężko było mi usiedzieć w miejscu i o zgrozo, byłam zmuszona pierwszy raz skorzystać z toalety w pociągu, le fu!



Po dojechaniu do Krakowa wszyscy byliśmy zmęczeni i obładowani torbami; podróż do naszego hostelu zdawała trwać nieskończoność, zwłaszcza, że upał był nieziemski. W każdym razie miejsce, w którym nocowaliśmy, mogę ze szczerego serca polecić- właściciele bardzo sympatyczni i nie robiący problemów, warunki bardzo przyzwoite, cena za dobę niezbyt wygórowana, no i kamienica ulokowana blisko rynku.

Po szybkim prysznicu wyruszyliśmy na małe rozpoznanie terenu, rzecz jasna z Patrycją wylądowałyśmy w pierwszej galerii, jaka się napatoczyła, w Galerii Krakowskiej. W tym miejscu pierwszy raz odwiedziłam Starbucksa (wydarzenie roku); polecam zieloną herbatę, pyszka.


Kebab w food courcie właściwie polecam bez zastrzeżeń, przystępna cena i duża ilość mięsa (mam zastrzeżenia co do kucharza, który chyba chciał mnie poderwać, no ale ja się tak łatwo nie dam).

Późnym wieczorem poszliśmy do Bomby, klubu, w którym urzekła nas atmosfera tego miejsca- sami życzliwi ludzie, razem z barmanami, którzy również się bawili i to całkiem konkretnie.



Następnego dnia poszliśmy do Muzeum Historii Fotografii; akurat trafiliśmy na wystawę Zawirowania pustki. Zaliczyliśmy też Muzeum Sztuki Współczesnej. Po jej zwiedzeniu naszła mnie refleksja, że sztuki współczesnej nie czuję; było kilka interesujących prac, ale generalnie nie są to moje klimaty; jakoś nie przemawiają do mnie zdjęcia włosów w odbycie albo dorabianie teorii do niektórych prac, jak chociażby to, że autorowi wydaje się, jakie ptaki lubią wystrój w pomieszczeniach.







Każdy zwiedzający mógł napisać na karteczkach samoprzylepnych, z czym kojarzy mu się Japonia, świetna opcja.

Zdjęcia z Muzeum Sztuki Współczesnej:











W sobotę zwiedzaliśmy Wawel i znowu łaziliśmy po centrum; wieczorem znowu wpadliśmy do Bomby i Pixela; picie piwa nad Wisłą też było spoko opcją, polecam! Aha, nie radzę chodzić do klubów, które są promowane poprzez wystawianie młodych ludzi na ulicę, którzy rozdają ulotki z np. "shotem gratis" czy czymkolwiek innym; te do których zaszliśmy, były beznadziejne.






Właściwie ciężko jest mi opisać wszystko w szczegółach, ale działo się naprawdę dużo; jeżeli chodzi o jedzenie- placki ziemniaczane i gofry na rynku są dobrą opcją, no i rzecz jasna zapiekanki na Kazimierzu, punkt obowiązkowy! Generalnie odnoszę wrażenie, że ten weekend upłynął pod znakiem jedzenia właśnie, chyba głównie za sprawą Karola, który jest koneserem, jak sam lubi o sobie mówić. ;) Z pewnością był to jeden z najbardziej pozytywnych aspektów; chyba przytyłam z trzy kilogramy, haha. I pierwszy raz jadłam sushi, wreszcie!

Dawno nie spotkałam się z tak pozytywnym miastem; między innymi ludźmi, nawet ja byłam uprzejma w stosunku do innych! A tutaj jeszcze trochę zdjęć.










Na szczęście w niedzielę było dość chłodno, przez co w pociągu nie było gorąco; było spokojnie i nic nie zakłóciłoby nam spokoju, gdyby nie chwilowa obecność śmierdzącego współlokatora i jego opinii na temat książek, aż krew się we mnie burzy na samo wspomnienie.

Kawałki, które będą nam się kojarzyć z tym wyjazdem:



Chciałam dodać, że ten blog ma już rok. ;) Aha, trzymajcie kciuki, bo dzisiaj mam rozmowę kwalifikacyjną i zaczynam się denerwować!

Komentarze

  1. I <3 KrK, ciesze się że tak blisko mnie jest, niecałą godzinę drogi autem :)
    I <3 Macklemore too.

    Powiedz co to za hostel ? adres? stronka ? :)
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zazdroszczę strasznie wszystkim, którzy mają blisko do Krakowa!
      po powrocie ściągnęłam jego albumy i też go lubię, ma poczucie humoru :D

      https://www.facebook.com/oldwalls?fref=ts polecam!
      pozdrawiam również ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty