this means war

Wczoraj obejrzałam film, którego polskie tłumaczenie, jak zwykle genialne, brzmi A więc wojna. Chciałam odmóżdżyć się nieco (jakby oglądanie seriali przez weekend nie wystarczyło) lekkim kinem, zatem mój wybór padł na pozycję powyżej. Po obejrzeniu zdecydowanie nie polecam, zmarnowałam prawie dwie godziny. Na mojej liście filmowej film ten plasuje się poniżej przeciętnej. Jedynym jego pozytywnym akcentem jest udział Toma Hardy'ego i może jeszcze Tila Schweigera (do którego mam sentyment po obejrzeniu Bękartów wojny).




Opis dystrybutora DVD: Chris Pine ("Star Trek") i Tom Hardy ("Mroczny Rycerz powstaje") wraz ze zdobywczynią Oscara Reese Witherspoon występują w pełnej wybuchowej akcji komedii romantycznej. FDR (Pine) i Tuck (Hardy) - dwaj tajni agenci - zakochują się na zabój w uroczej i czarującej Lauren (Witherspoon). W dokonaniu wyboru Lauren pomaga przyjaciółka, Trish (Chelsea Handler), a tymczasem FDR i Tuck prowadzą wojnę, by zdobyć względy dziewczyny, podczas której bez skrupułów wykorzystują wszelkie szpiegowskie gadżety, swoje niezwykłe umiejętności i doświadczenia zdobyte w ciągu wielu lat wykonywania skrajnie niebezpiecznych zadań. Niech wygra najlepszy... szpieg!

Odnośnie fabuły- WTF?! Zdaję sobie sprawę, że od tak sztampowych hollywoodzkich produkcji nie można wymagać wybitnego scenariusza, ale mimo wszystko litości- absurd goni absurd, trącając tandetą (lubię absurdy, ale bardziej w wykonaniu Burtona, Tarantino albo Rodrigueza). Weźmy chociaż pod uwagę fakt, że dwaj najlepsi przyjaciele, nie raz i nie dwa ryzykujący życie w obronie drugiego, narażają swoją przyjaźń w ramach rywalizacji o kobietę; jak żyję nie spotkałam się jeszcze z takim przypadkiem w swoim życiu. Drugi przykład- Tuck i FDR są agentami CIA- kto traktujący poważnie swoją pracę, korzystałby z zasobów biura w celu szpiegowania człowieka w celach prywatnych, właściwie się z tym nie kryjąc i nie ponosząc konsekwencji ze stron swoich przełożonych? Nie chcąc za bardzo spoilerować, nie wspomnę szczegółowo o zakończeniu, które jest tak obrzydliwie mdłe i przewidywalne, że aż ma się ochotę rwać włosy z głowy.

Jeżeli chodzi o postaci, zacznę od Lauren, granej przez Witherspoon. Chciałam jeszcze zaznaczyć, że nie do końca potrafię spojrzeć na nią w sposób obiektywny, należy bowiem do grona aktorek, takich słodko pierdzących, z irytującym, piskliwym głosikiem, które działają mi na nerwy samym swoim istnieniem, chociaż w tym przypadku przyczyny doszukuję się w tym, jak zagrała w Szkole uwodzenia, a zwłaszcza w scenie podczas jazdy samochodem, gdy robi żenujące, "zabawne" minki, które rażą sztucznością i wywołują u mnie zawsze stan zażenowania; scena ta właściwie była jakby podkreśleniem poziomem jej gry aktorskiej w tym filmie. Nie miałam okazji obejrzeć z nią zbyt wielu filmów, podobno jest dobrą aktorką, dostała Oscara, ale mnie nie przekonuje po prostu. Tak samo Lauren, którą gra w This means war- w niektórych momentach bywa wręcz ucieleśnieniem stereotypów krążących na temat kobiet, tak bardzo niezdecydowana, tak bardzo chcąca zrobić na złość byłemu. Nieustannie irytowały mnie wybory, których dokonywała oraz jej ostateczna decyzja dotycząca Tucka i FDR-a.

 FDR, granego przez Pine'a- fircyk idealnie wpasowujący się w kanony męskiej urody w hollywoodzkim świecie- nienaganna fruzura, uwodzicielski uśmiech, rozrywany przez towarzystwo, mający w posiadaniu przestronne mieszkanie, będący fanem przygód na jedną noc i absolutnym przeciwnikiem wiązania się na stałe; rzecz jasna przechodzi istne katharsis dzięki spotkaniu na swej drodze wspaniałej Lauren. Pretensjonalny w każdym calu.

Tuck (w tej roli Tom Hardy)- Hardy Tomaszu, kto Ci to zrobił? Albo inaczej: dlaczego popełniłeś zagranie w tym filmie? Jak mogli dać Ci rolę niepewnego siebie faceta z TAKIM WYGLĄDEM, który będąc tajnym agentem, zakłada sobie konto na portalu randkowym? Przez gardło ciężko przechodzą mi słowa krytyki pod jego adresem, no ale...

Jeżeli ktoś szuka mało wymagającej rozrywki i seansu z banalnym happy endem, być może znajdzie je w tym filmie; generalnie uważam, że sam pomysł na film posiada potencjał rozrywkowy, ale twórcy nie potrafili go wykorzystać- kolorowe zdjęcia, efekty specjalne, kilka dobrych tekstów i raczej brawurowe sceny walk to jednak nie wszystko.

To się rozpisałam, ale serio, jestem okrutnie rozczarowana tym filmem, skusił mnie udział w nim Hardego Tomasz i srodze się zawiodłam; jednak wytrzymałam do końca, moja mama natomiast wyszła nie dotrwawszy nawet do połowy seansu.

+ Zdaję sobie sprawę, że powyższy tekst nie zasługuje na miano recenzji, nie wychodzi mi to zbyt dobrze, ale musiałam gdzieś dać upust swojemu rozczarowaniu.

 

Komentarze

  1. mam te same odczucia, niestety...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. piona w takim razie ;) pewnie zignorowałabym marność tego filmu, gdyby nie to, że jeden z moich ulubionych aktorów tam zagrał, bo w końcu takich "dzieł" można wymieniać na pęczki ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty