o współczesnych osiemnastkach i o tym, jak Malcher przedobrzył z ćwiczeniami

Wczoraj miałam okazję wziąć udział w imprezie osiemnastkowej znajomych bliźniąt. Krowiszon i ja udałyśmy się na salę, pełniąc rolę muzeum/ starych matron/ starych baboli chcących się odmłodzić (niepotrzebne skreślić). Ostatni raz na takiej imprezie byłam bodajże trzy lata temu. Mimowolnie zrobiłam porównanie dotyczące tego, jak takie imprezy wyglądały za moich czasów, a jak teraz. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to fakt, że większość osób będących na tej imprezie to pary zakochanych. Serio, jedynie kilka osób beztrosko bawiło się bez stałych partnerów, a reszta siedziała albo kołysała się przytulona w rytm wolnych kawałków. Następną rzeczą jest to, że ja i moje przyjaciółki/ znajome nie wkładałyśmy wiele trudu w nasz wygląd na tego typu imprezach, ja przeważnie przychodziłam w trampkach, tiszercie, dżinsach i z minimalnym makijażem, a już na pewno bez szpachli. Wyjątkiem była osiemnastka Krowiszona, gdy ubrałyśmy sukienki studniówkowe i pierwszy raz w życiu założyłam buty na około pięciocentymetrowych obcasach i myślałam, że skonam z bólu. Wczoraj oprócz mnie żadna dziewczyna nie miała na sobie spodni czy szortów (wyjątkiem byłam chyba tylko ja), królowały mini spódniczki i sukienki z nieodłącznym towarzystwem wysokich obcasów, w których chyba nie potrafiłabym się poruszać, ostatnimi czasy stawiam na creepersy. Nie krytykuję rzecz jasna potrzeby współczesnych osiemnastek (to określenie nie miało zabrzmieć obraźliwie) czy nieco młodszych dziewczyn do pokazania swoich atutów, ale wydaje mi się że ja i moje rówieśniczki wówczas byłyśmy pod tym względem jeszcze dość dziecinne. Z pewnością nie zmieniło się to, że ZAWSZE na stole pojawiają się krokiety i barszcz. Serio, są to elementy nierozerwalnie związane z osiemnastkami. Jako że z sali zmyłam się dość wcześnie, nie wiem, jak impreza potoczyła się dalej, ale póki tam byłam, nie zauważyłam, żeby ludzie byli w hmmm, zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego. Kiedyś zdarzyło mi się z "melanżu" zniknąć przed dwunastą, bo po prostu nie byłam w stanie funkcjonować i krzesło, na którym siedziałam, wydawało mi się najwygodniejszym posłaniem. Na innej znowu podobno "latałam po ścianach". W każdym razie zazwyczaj było tak, że około godzinny dwudziestej drugiej większość zaproszonych osób była zdrowo podpita, nikt niczego nie ogarniał, chłopcy zasypiali na krzesłach z głowami na ramieniu sąsiada, zwykłym zjawiskiem było też to, że w którymś momencie zaczynali lać się po mordach, pół żartem, pół serio, w akompaniamencie naszych krzyków i radosnego rechotu. Generalnie z wczorajszej imprezy wynoszę pozytywne wrażenia, miło było spotkać się ze starymi znajomymi i chwilę potańczyć, jednak dla reszty towarzystwa jestem chyba zbyt stara. ;)

Powszechnie wiadomo, że niedziela nigdy nie przynosi niczego dobrego- dzisiaj, gdy się obudziłam i podczas przebierania się spojrzałam w lustro, zrobiło mi się słabo i prawie zemdlałam, serio. Moim oczom ukazał się dość makabryczny widok, mianowicie od pachy, na plecach, na części prawej piersi i pod nią moja skóra była pokryta krwiakami, pękniętymi naczynkami i fioletowymi sińcami. Zapewniam, że widok nie jest przyjemny, zupełnie tak jakby ktoś mnie pobił. Najzabawniejsze jednak są  absurdalne myśli, które w panice wówczas pojawiają się w głowie: "O boże, zaraz umrę, na pewno mam raka piersi i wytną mi cycka", "Pierdolona niedoczynność tarczycy, pogorszyło mi się i mogę pożegnać się z węzłami chłonnymi", "Na pewno zachorowałam na coś nieuleczalnego" itd. Z nerwów popłakałam się jak małe dziecko, zapaliłam papierosa, wysłałam Pasożyta po Bohuna na boisko i po jego powrocie pojechaliśmy do szpitala. Prawdopodobnie przeforsowałam organizm wysiłkiem fizycznym- wczoraj podczas seansu z Ewką wreszcie udało mi się od początku do końca zrobić ćwiczenia na brzuch, które polegają tez między innymi na dość wytężonej pracy rękami, no i mam. Oczywiście na jakiś czas muszę dać sobie spokój z ćwiczeniami, żeby wykluczyć różne możliwości pojawienia się tego paskudztwa na moim ciele, brać tabletki i udać się za jakiś czas do przychodni. Na razie to byłoby na tyle, jeżeli chodzi o moją przygodę z aktywnością fizyczną, propsy dla Malchera. Rzecz jasna, gdy to wszystko mi zejdzie, mam zamiar wrócić do ćwiczeń, bo już teraz ogarnia mnie frustracja na myśl, że muszę sobie zrobić przerwę. A teraz biorę się za "Spartacusa", miłej niedzieli. ;)




Komentarze