oh my dreams, come back to me

Objawiałam wielką niechęć w pisaniu posta/ postu (zawsze mam problem z odmianą tego słowa) podsumowującego rok 2012, ale chyba naszła mnie wena twórcza, zatem zamiast po raz nie wiadomo który dzisiaj przeglądać internety, spożytkuję energię na ten wpis.
Ciężko mi określić czy ten rok był dobry, czy zły, chyba zachowałam pewną równowagę w tym względzie, jednak z lekką tendencją ku skierowaniu szali w dół. Nie mam zamiaru pisać chronologicznie o tym, co mniej więcej zaszło w moim życiu, skupię się na tym, co najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Zatem, pierwsza rzecz- pochowałam w tym roku trójkę moich ukochanych zwierząt (właściwie to wszystkie moje zwierzaki są dla mnie ukochane), Guziczkę, Behemota i Świniora- każdy zgon był dla mnie niezmiernie bolesny i nie chcę wracać do uczuć, które towarzyszyły mi w tych momentach.

Zaliczyłam trzy weekendy we Wrocławiu- każdy owocował w wielką ilość wydanych pieniędzy, alkoholu, śmiechu, płaczu, zwierzeń i przeżyć, które nie nadają się do mówienia o nich publicznie. A Nowy Rok mam zamiar rozpocząć od kolejnego weekendu we Wro, już pod koniec stycznia!

Byłam na dwóch koncertach (nie jestem osobą lubującą się w tego typu wydarzeniach), Strachów na Lachy i Hey, ten drugi był tak niesamowity, że nie jestem w stanie tego opisać, mam nadzieję, że znów będę mogła zobaczyć i usłyszeć Kaśkę na żywo. ;)

Bliska mi osoba zachorowała na raka piersi, ale go pokonała, co jest wspaniałym wydarzeniem! A ja sama dowiedziałam się, że cierpię na niedoczynność tarczycy, co tylko przysparza mi kolejnych, za przeproszeniem, chujowych dolegliwości.

Zdałam obie sesje bez większych w sumie problemów i mam nadzieję, że to samo będzie moim udziałem i w tym roku akademickim.

Rozpoczęłam kurs prawa jazdy, co przysporzyło mi wielu nerwów, przelanych łez i innych, negatywnych emocji. Chciałabym wreszcie przystąpić do egzaminu i mieć to z głowy.

Tak naprawdę to przeczytałam niewiele jak na moje możliwości książek, w przyszłym roku mam zamiar to nadrobić i to z nawiązką.

Zaliczyłam kompletne klapy, jeżeli chodzi o znajomości z facetami- NEVER AGAIN, same niewypały. Teraz będę naprawdę bardzo ostrożna, gdy kolejny osobnik zaproponuje mi spotkanie, nikomu nie życzę tego, przez co musiałam przejść w tym roku, to nie na moje nerwy. ;)

Zrobiłam sobie tatuaż, w styczniu idę do studia na kolejną porcję rozkosznego bólu. ;)

Do naszej wesołej gromadki przybył Lucyfer i Szatan, obaj są popaprańcami, ale i tak ich uwielbiam.

Byłam w kinie na dwóch filmach Burtona!

Rzecz jasna nie mogę zapomnieć o ciężkich doświadczeniach, które są moim udziałem już od kilku lat... Ale nie mam zamiaru tutaj o tym pisać. Są zbyt bolesne i zbyt intymne, żeby rozpisywać się o nich na blogu, do którego każdy ma dostęp.
W każdym razie, na bazie tego, co mnie doświadczyło i na podstawie moich przemyśleń postanawiam:
- klnę się na groby Świniora, Guziczki i Behemota, że zawsze będę słuchać głosu intuicji, która zawsze mnie ostrzega, a ja traktuję ją bardzo po macoszemu; gdybym jej posłuchała, nie naraziłabym się na przykre doświadczenia z facetami chociażby,
- ogarnę się w końcu jakoś życiowo i może zapamiętam wreszcie nazwy przedmiotów i wykładowców,
- zdam egzamin na prawo jazdy (proszę, proszę?),
- przeczytam tyle książek, ile tylko się da!
- z każdego stypendium odłożę jakąś sumę, żeby mieć za co wyjechać na jakieś przyzwoite wakacje, kupić sobie nową parę creepersów i książki,
- postaram się być mniej roztargniona, a bardziej rozsądna,
- mniej nerwów, mniej przejmowania się wszystkim dookoła, więcej cierpliwości,
- mniej analizowania, więcej radości z drobnych rzeczy, jak najmniej łez,
- więcej tatuaży!

A Wam życzę, żebyście dokonali wszystkiego, czego tylko chcecie i jeszcze więcej!



Komentarze

Popularne posty