I tried to fight it, I tried so hard

W piątek mój komputer został zainfekowany przez wirusa, który udawał program antywirusowy, świnia. W niedzielę zatem udałam się do kumpla, który uleczył moją padakę. Nie podam danych personalnych owego kumpla, coby znowu nie narazić się na serię kolejnych głupich/ żałosnych/ absurdalnych komentarzy; ludzie lubią robić aferę z niczego. Z powodu rozpaczy, jaka ogarnęła mnie po zachorowaniu mojego wiekowego laptopa, w sobotę udałam się z Domą (którą w tym miejscu pozdrawiam!) na piwo do Kaflowego. Rzecz jasna spiłyśmy się troszeczkę i dzwoniłyśmy do Kolejnika, która cały czas rechotała do słuchawki w trakcie rozmowy, nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Uchhh, chciałabym strasznie znowu pojechać na weekend do Wrocławia! Póki co czekam na stypendium, jednakże Uniwersytet Zielonogórski ma to do siebie, że lubi z wieloma rzeczami zwlekać, zwłaszcza z wypłacaniem hajsu wykładowcom i studentom.
Wczoraj przygotowałam prezentację o Burtonie na zajęcia, jednak nie zdążyłam omówić nawet połowy, dwadzieścia minut to za mało, a o Timie mogłabym przecież gadać godzinami.
Babcia przerobiła mi sukienkę, zawsze marzyłam o posiadaniu podobnej do tej, którą nosiła Wednesday Addams, widzę jednak, że potrzebne będą jeszcze przeróbki. Widział ktoś gdzieś może w jakichś sieciówkach sukienki, najlepiej czarne, z białymi kołnierzykami i mankietami? Z chęcią zaopatrzyłabym się w takie cudeńko. Właściwie taka sukienka obecnie jest obiektem mojego pożądania. A creepersy już mnie nie obcierają i generalnie nie zamieniłabym je na żadne inne buty. Chyba czas zacząć ogarnąć się na jutrzejsze zajęcia, nienawidzę zestawu środowego- wstaję o 5.30, a w domu jestem po 19.


ocenzurowałam moją facjatę, bowiem moja poza jest już wystarczająco zabawna.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty